• Historie adopcyjne

    Historie adopcyjne

Niewątpliwie temat adopcji budzi wiele emocji i lęków związanych  zarówno z samym procesem adopcyjnym, jak i późniejszym rodzicielstwem.  W toku procedury często powtarzamy naszym kandydatom, iż procedura  powinna stanowić dla Państwa symboliczne dziewięć miesięcy, tak, aby wystarczająco dobrze przygotować się do rodzicielstwa adopcyjnego.

Już przy okazji pierwszych spotkań z Państwem dowiadujemy się, w jaki  sposób jesteście postrzegani przez najbliższe lub dalsze otoczenie. Często sami o sobie mówicie Państwo, że jesteście postrzegani jak Bohaterowie, którzy podarują jeszcze nieznanemu, może mocno wyobrażonemu Dziecku – lepsze jutro. I nagle, w toku procedury, zaczyna ku naszej uciesze, ujawniać się, to co nieświadome: Państwa rzeczywista motywacja, która pozwala odpowiedzieć każdemu z Was – dlaczego tu jestem? Dla siebie, aby zostać Mamą/Tatą? Dla współmałżonka, aby spełnić jego marzenie pozostania rodzicem? A może, dla nas, w rozumieniu  pary małżeńskiej, aby znaleźć antidotum na pustkę w relacji. Czy aby naprawdę chcę tu być? Ważne, żeby znaleźć odpowiedzi na postawione wyżej pytania.

I z drugiej strony pracownicy Ośrodka J Dokładnie wiemy, jak możemy być postrzegani w tej procedurze. Począwszy od pierwszego kontaktu: u jednych z Państwa zapisujemy się w pamięci jako „miłe wspomnienie”, a u drugich, no cóż - czasami doświadczacie nas jak „zderzenie z pendolino J”. Jedna z Mam opisuje to doświadczenie w sposób następujący: „masa testów, spotkań, rozmów, na których strach było poruszyć brwią J CIA  nie powstydziłoby się takiej weryfikacji kandydatów J

Im „głębiej”, tym wcale nie oznacza, że łatwiej i prościej. Pytania same tworzą się w głowie: Czy potrafię? Czy dam radę? Czy okażemy się wystarczająco dobrzy? Taka podróż w nieznane… Dosłownie i w przenośni. Nagle z wyobrażeń, marzeń zaczyna się tworzyć Rodzina. Wraz za przekroczeniem drzwi Ośrodka zapadają kolejne decyzje rzutujące na przyszłość Państwa jako Rodziny, z urealnionymi oczekiwaniami  i spojrzeniem w przyszłość. Choć  jak się okazuje,  nie bez niespodzianek, bo jak to bywa w życiu, wszystkiego nie da się zaplanować.

Jak pisze jedna z naszych Rodzin: „Jest takie czekanie, które jest już spotkaniem”. Inna opisuje: „z adopcji pozostaje nam bajka, którą opowiadamy naszym dzieciom, bajka o tym jak się spotkaliśmy, jak się szukaliśmy”.

A teraz, Państwu pozostaje rodzinna rutyna, przeplatana radościami i trudnościami. Czyż nie tak? Ilustrują to właśnie Państwa historie. Dziękujemy za zaufanie i podzielenie się swoimi osobistymi doświadczeniami,  nie tylko przed nami, ale w szczególności -  z przyszłymi Rodzicami.

Na początku chcielibyśmy zachęcić Państwa do zapoznania się z wywiadem przeprowadzonym z Panią Magdaleną Modlibowską na łamach gazety „Wysokie obcasy” - autorką książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, a także wielu artykułów dot. adopcji,  prezesem Fundacji „Po adopcji”, wiceprezesem Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”, a prywatnie mamą trójki dzieci.

            Niezwykle miło  nam było gościć Panią Magdalenę Modlibowską   w 2017 r.,  z okazji  Dnia Otwartego  Pomorskiego Ośrodka  Adopcyjnego  w Gdańsku.

 

https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,18699848,druga-matka.html

Nasza Droga do adopcji – Mama

 

 Droga do adopcji

Od kiedy pamiętam, było dla mnie oczywiste, że będę miała kiedyś liczna rodzinę, sama mam troje rodzeństwa i nie wyobrażałam sobie pustego, cichego domu. Wyobrażałam sobie jak krzątam się po kuchni, burczę na bałagan i tulę te moje oseski. Przeszliśmy z mężem wyboistą, jak mniemam większość osób, drogę zanim zdecydowaliśmy się na adopcję. Teraz boje sie myśleć o tym, że moglibyśmy się nigdy z naszymi dziećmi nie spotkać.

Udaliśmy się do ośrodka. Pierwsza rozmowa,  była jak zderzenie z pendolino :) potem  kompletowanie dokumentów… Masa testów, spotkań, rozmów, na których strach było poruszyć brwią :) CIA nie powstydziło by się takiej weryfikacji kandydatów :) Potem upragniony kurs i masa rozterek… Czy aby na pewno uda nam się go ukończyć… Udało się.

 Oczekiwania

Czego konkretnie pragniemy? Nigdy tak naprawdę nie koncentrowałam się nad tym jak miałyby wyglądać nasze dzieci, jakie miałyby mieć korzenie, ewentualnie schorzenia -  miały być po prostu nasze... Natomiast czego byśmy nie zaakceptowali? Niełatwo jest określić się w formularzu. Każda wypełniona budka w kwestionariuszu poprzedzona była długimi wieczornymi rozmowami.

 Telefon

Tygodnie i miesiące mijały… to były długie 6 miesięcy, tym bardziej, że dochodziły do nas wieści o upragnionych telefonach znajomych z kursu. Gratuluję, trzymam kciuki, ale nie mogę opędzić się od myśli, co żeśmy zrobili nie tak. Dzień jak co dzień w pracy, uwijam się, zlecenia, telefony, dokumentacja, opatrunki… i mąż w poczekalni!!! Zadzwonili!! Dwoje dzieci!! Mąż wygląda jakby popił wiadro energetyku 5 litrowym baniakiem kawy... strach puścić Go w drogę powrotną do domu. Sama pewnie nie wyglądam lepiej :) Szturmujemy sklep dziecięcy, kupujemy misie, kolorowanki i klocki.

 Pierwsze spotkanie

Jedziemy. Wszystko teraz nabrało kosmicznego tempa. Zaraz zobaczę dzieci, które będę doglądać w nocy, tulić, uczyć świata, o które będę drżała, które zawojują nasze serca. Nie wierzcie reklamom, żaden antyperspirant nie podoła tym emocjom :) Czekamy na podwórzu na ławeczce, podjeżdża samochód, wyskakuje z niego mała Księżniczka z dwoma skaczącymi kitkami i bardzo wystraszone maleństwo, które gdyby mogło to zwinęło by się w kłębuszek. Czuje się jak słoń w składzie porcelany... powolutku dzięki dyskretnej pomocy Pań z POA zabawa sie rozkręca. Czas mija zdecydowanie za szybko, ale już jesteśmy spokojniejsi i wiemy, że od teraz te dwa Maleństwa będą naszym pępkiem świata :)

 Powierzenie pieczy

Tak długo czekaliśmy na ten dzień, a jednak jesteśmy zdziwieni, że to już!!! Możemy zabrać nasze Maluchy do domu. Dostajemy kartony z dokumentami, pamiątkami, kilka ulubionych zabawek… Staramy się nie emanować przejęciem, ale czuć w powietrzu podniosłą atmosferę. Spojrzenie niespełna czteroletniej Córki jest jednoznaczne, widać w nim, że najchętniej sama odpaliłaby auto i popędziła autostradą do domu. Natomiast Synek jeszcze cieszy się chwilą. Niedługo potem jesteśmy na miejscu, w domu, takim jaki sobie wymarzyłam.

 Rodzina

Jak to jest możliwe, że nie znaliśmy się wcześniej, bo mam wrażenie, że znamy się od zawsze.  Jesteśmy razem już rok i trudno mi sobie przypomnieć jak żyliśmy zanim zostaliśmy rodzicami.  Teraz krzątam się po kuchni, burczę na bałagan i tulę te moje oseski.

 Weryfikacja rodzicielstwa

Bycie rodzicem jest równoznaczne z byciem superbohaterem dnia codziennego i nic nie jest w stanie przygotować nas do tej roli. Uwierzcie mi to trzeci wymiar. Wcielamy się w pogromcę  szwu na skarpetce, włoska w kąpieli czy muchy w pokoju. Stajemy się pasażerami kolejki w lunaparku… momentami trochę strach, emocji bywa pod sufit, ale wysiadamy z niebywałym zastrzykiem endorfin.            

Trzymam kciuki za każdego z osobna, za to by Wasz czas oczekiwania nie był czasem straconym... czytajcie, miejcie oczy szeroko otwarte i szyjcie peleryny :)

Nasza Droga do adopcji – TATA

 

Moja droga do adopcji

Pewnego dnia weszliśmy na nową drogę. Pomyślałem, że po prostu zostaniemy liczniejszą rodziną w trochę inny sposób. Nowa ekscytacja mieszała się ze starym bólem po stracie. Był strach przed nieznanym, ale też swoista ulga, że to co było zostawiamy za nami i nie będziemy musieli znów przez to przechodzić.

Decyzja o adopcji była dla nas obydwojga oczywista. Kompletowanie papierów poszło nam szybko, pierwsze rozmowy w ośrodku też wspominam beztrosko. Dopiero po jakimś czasie gdy byliśmy oboje zmęczeni czekaniem, pojawiły się pytania, na które trzeba było odpowiedzieć z większym trudem. Zaczęły się pierwsze wątpliwości, czy w ogóle przejdziemy cały proces. Nie żeby brakowało nam woli walki, ale przecież nie wszystko od nas samych zależy.

Oczekiwania

O oczekiwania pytano nas co chwilę. Ciężko wypowiadać się na temat, w którym ma się tak małe rozeznanie. Nie wiedziałem jak będzie wyglądał mój kontakt z dziećmi. Nie wiedziałem jakie będą ich konkretne potrzeby. Nie wiedziałem jak je będę zaspokajał. Czułem tylko potrzebę bliskości, potrzebę zapewnienia komuś ciepła, komuś kogo przecież wtedy zupełnie nie znałem. Ciężko wyjaśnić ten, chyba, instynkt. Czasem jak trzymam ich na rękach to myślę, że chyba tak właśnie to sobie wyobrażałem.

Kurs był ciężki. Czułem, że za każdym razem gadam jakieś głupoty. Byłem przekonamy, że odpowiadam na pytania zupełnie niezgodnie z oczekiwaniami, choć zapewniano mnie, że wszystko ok, wszystko dobrze. Ale kurs zakończyliśmy, dostaliśmy kwalifikacje. Uf, koniec! Kolejny etap odfajkowany, teraz już będzie tylko lepiej.

Po zakończeniu kursu dzwoniliśmy co miesiąc, zawsze pełni nadziei, że to już, że w końcu, że może coś będzie wiadomo… Każda rozmowa, choć prowadzona w bardzo pozytywnej atmosferze kończyła się jednak zawodem. Nie mogliśmy się doczekać. Dopiero po adopcji zrozumiałem czego nie mogliśmy się doczekać.

Telefon

Ten telefon zadzwonił po pół roku od zakończenia szkolenia, zupełnie niespodziewanie. Pojechałem do Żony. Miała chyba wtedy rozładowany telefon. Mój też się rozładował. Ładowarka w samochodzie nie działała. Korki, remonty, zmiana trasy. Dojechałem, ale nie wiedziałem gdzie mam iść. Ona w nowej pracy. W końcu ją dopadłem. To było ciekawe doświadczenie patrzeć jak zmienia się jej wyraz twarzy. Oczywiście nie pamiętałem, które dziecko jest starsze, chyba nawet przekręciłem imiona. W głowie miałem mętlik!

Zdaje się po czterech dniach przyjechaliśmy do ośrodka na czytanie kart. To było stresujące. Bałem się, że mogą pojawić się wątpliwości. Jednocześnie bardzo, bardzo nie chciałem ich mieć. Wysłuchaliśmy, ok, spotkajmy się! Kazano nam jeszcze przez dzień się zastanowić, ale my od razu pojechaliśmy po misie, które tego samego dnia wcześniej schowaliśmy trochę głębiej na półce sklepowej by nikt ich nie zabrał. Kolorowanki i klocki też już mieliśmy.

Pierwsze spotkanie

Siedzimy na ławce, czekamy. Domowników jeszcze nie ma. Podjeżdża samochód. Wysiada dwójka najpiękniejszych dzieciaków na świecie! Chłopczyk i dziewczynka. No to wchodzimy do domu. Siadamy na podłodze, klocki, dziewczyny już gadają, coś budują a my, mój przyszły Syn i ja… nic. Zero kontaktu. Klocki nic, misiu, nic. Synek zwija się z kłębek. Gonitwa myśli, co robię źle? Synek jest po prostu nieśmiały. Bardzo. Ja też nie nawiązuję kontaktów łatwo. No i mamy kumulację. Ale panie szybko reagują, jest drugie śniadanko, potem kolorowanie. Zamiana dzieci, teraz Żona z Synkiem, ja z Córeczką. Ta nieśmiało przysuwa się coraz bliżej, a mi serce wali jak szalone! Następne spotkania to zacieśniająca się więź i poznawanie Dzieci. Pierwsze wspólne jedzenie banana, wspólne skakanie na trampolinie, pierwsza pielucha, pierwsza bohaterska obrona Córeczki przed natrętną muchą i pierwsze „Tato masz” akurat na dzień ojca. Łatwiej się o tym pisze niż mówi, bo taka klucha w gardle…

Powierzenie pieczy

Przyjechaliśmy do Dzieci ten dwudziesty drugi raz. Córeczka widać było, wszystko rozumie. Dziecko w wieku 3 lat wszystko rozumie. Czeka już gotowa do wyjścia uśmiechając się pod nosem. Synek, młodszy, jakby nie do końca wie co się dzieje. Każde ma w ręku jakąś zabawkę, dostajemy jeszcze karton z dokumentami, pamiątkami. Pożegnanie z innymi dziećmi, z rodziną zastępczą. Wsiadamy do samochodu i jedziemy. Dzień mija na śmieszkach, zabawie. Wieczorem córeczka kładzie się spać z uśmiechem. Synek jest przerażony, gorący i cały mokry. Zasypia dopiero na moich rękach. Gdy odkładam go do łóżeczka jeszcze kurczowo trzyma mnie za włosy. To „nieciem” i przerażone oczy towarzyszące nam przez pierwsze dni to właśnie to, czego się nie spodziewałem.

Rodzina

Po rozprawie sądowej, załatwieniu urlopu macierzyńskiego, odebraniu nowych aktów urodzenia, właściwie procedura adopcyjna się kończy. Teraz jesteśmy Rodziną. Z adopcji zostaje nam bajka, którą opowiadamy dzieciom, bajka o tym jak się spotkaliśmy, jak się szukaliśmy. Adopcja nie jest tajemnicą, ale w tym wieku dzieci chyba nie wiedzą dokładnie o co chodzi. Dla nich to wydaje się być normalne, że się przychodzi na świat, potem mieszka „u cioci”, a potem dopiero poznaje się swoich rodziców.

Weryfikacja rodzicielstwa

Opisałem proces adopcji jako względnie ciężki i wymagający. Ale to nie procedura adopcyjna jest trudna, tylko wychowywanie dzieci jest trudne. Spodziewałem się właśnie, że jak procedura się skończy to będzie już z górki. Zaczynamy rzuceni jednak trochę na głęboką wodę. Musimy na początku się dotrzeć. Poznać i zrozumieć. Pierwsze dni i miesiące to niespodzianki. Okazuje się, że Dzieci zachowują się inaczej jak są już z nami, okazują inne emocje. Pokazują jakie naprawdę są. My podążamy za nimi i staramy się rozwiać wszelkie wątpliwości. Będziemy razem, nie rozstaniemy się, można płakać ile się chce, jesteśmy tuż obok. Przez dobre pół roku (jak nie dłużej) na pytanie co lubisz robić, odpowiadają – przytulać się. Czego potrzebujesz? – przytulić się. Jak się kłócą – co powinienem zrobić? – Przytulić. To jest słowo chyba przez nich najczęściej wypowiadane. A mimo to tak często nie wiem co zrobić, choć odpowiedź jest mi ciągle udzielana! Balansowanie miedzy podążaniem za dzieckiem a stawianiem granic jest czasem ciężkie. Rodzicielstwo nie składa się jednak tylko z tych trudności, o czym głównie tutaj piszę. Rodzicielstwo to w moim przypadku przede wszystkim dwie małe mordki krzyczące „Tatuśku, kocham cię!”. Cały czas towarzyszy nam determinacja i poczucie, że to co robimy jest po prostu dobre, dla całej naszej czwórki. Tak naprawdę to towarzyszy nam głównie śmiech. Wygłupy. Fikołki na wyścigi i zjeżdżanie z górki, coraz wyższej i wyższej. Lepienie bałwanów i jazda na sankach, choć prawie nie ma śniegu. Taplanie się w kałużach, tarzanie w piasku i „motorówy” w jeziorze. Skakanie na trampolinie, czy wspólne skręcanie grilla. Bujanie na huśtawce „aż do nieba!” i przewracanie się z całym hamakiem. Wyprawy na plac zabaw choć leje, albo jest mróz. Ja się bym w życiu nie spodziewał, że będzie tak fajnie!

Drogi Czytelniku,

Jak każdy przyszły rodzic miotasz się z wątpliwościami, pytaniami, obawami. I słusznie, bo adopcja nie jest przedsięwzięciem, które można zaplanować od A do Z. Nie jest też rozwiązaniem dla każdego. Spokojnie, jeśli Twoja wyobraźnia pozwala Ci zobaczyć się w takiej nowej rzeczywistości - to jest więcej niż pewne, że się uda. Jeśli masz wrażenie, że pracownicy POA nieustannie chcą Cię zniechęcić do adopcji - to w gruncie rzeczy masz rację. My - rodzice adopcyjni, już wiemy, że to ważne, bo tam mają zostać ci, którzy wiedzą czego chcą.

Każda para na naszych szkoleniach miała zupełnie inną strategię na rodzicielstwo, a tym samym inne obawy. Jedni chcieli noworodka, bo to wszak tabula rasa - najbardziej naturalnie. Super - tylko kiedy będzie dobry moment, aby powiedzieć dziecku... Drudzy chcieli rodzeństwo, tylko czy sobie poradzą. A może starsze dziecko będzie zabawiać młodsze? - będzie więcej oddechu … :-) Tak, każdy na swój sposób kalkuluje i trzeba to powiedzieć jasno - to nic złego, ważne, aby widzieć jak to ma funkcjonować w przyszłości.

Są również tacy, którzy decydują się na dziecko nieco starsze (TO MY). Przedział wiekowy od roku do lat pięciu (sześciu). Każdy wybór ma swoje "zalety i wady". Dziecko starsze, niejednokrotnie doświadczone przez los, ale świadome swojego położenia i już długo czeka na rodziców. Jak łatwo się domyślić - liczyliśmy raczej na dolną część widełek, ale stało się dokładnie odwrotnie. I dobrze ... :-) ! 

Pierwsza wątpliwość to oczywiście telefon z Ośrodka, bo co wtedy, bo jak - przecież my jeszcze nie gotowi... :-) Tak, pewnie nie będziecie gotowi (choć na to czekacie), ale razem z paniką przychodzi spokój. Już nie czekasz - stało się, wskakujesz do pociągu.... Nagle okazuje się, że przecież 6-latek zupełnie sprawnie rozmawia, pyta, ma swoje zdanie... i znów panika .... - spokojnie. To taki przedziwny wiek, w którym dziecko z grubsza wie skąd się biorą dzieci, a jednocześnie chowa wyrwane mleczaki dla Wróżki Zębuszki.

Trudno opisać pierwsze spotkanie. Każdy może mieć inne doświadczenia, odczucia - ma do tego prawo. My mieliśmy to szczęście, że od razu wiedzieliśmy, że to nasz Synek. Tak po prostu. On tam na nas czekał. Świadomość bycia obserwowanym przez opiekuna dziecka i pracownika ośrodka była raczej stresująca, ale tylko w wyobraźni. W praktyce wyglądało to mniej więcej tak: „dobra, chyba działa - nic nie ruszamy, nas tu nie ma". Było naprawdę super J Oczywiście gonitwa myśli cały czas, bo jak tu to wszystko poskładać , wyjaśnić.  

„Chodź TATA, tam w ogrodzie są dobre maliny, o zobacz - zerwiemy MAMIE kwiatka” – nie, nie jesteśmy już dwa miesiące dalej…to dopiero drugie spotkanie. SZOK!!! - czy to mi się nie przesłyszało? Nie J , role już zostały rozdane - bez tłumaczenia. Dziecko prowadzi.

W naszym wyobrażeniu, dziecko po przejściach powinno być raczej zahukane, nieśmiałe, uległe. Nic bardziej mylnego. Zamiast prowadzić Synka za rączkę na plac zabaw, Synek sprowadził wszystkie dzieci na ogród. To przedziwne doświadczenie, kiedy po kilku dniach bycia rodzicem, zauważasz jak obce dzieci z sąsiedztwa tarabanią się z Twoją nową gitarą po ogrodzie J 

Poznawanie całej rodziny? Jak to zaaranżować ? W ogóle. Nasz Synek wyszedł z założenia, że przecież oczywistym jest, że MAMA i TATA mają SYNKA. Oto jestem! – „co tu macie ciekawego?, gdzie się mogę pobawić ?” 

Miesiąc miodowy... J To nie mit. Kiedy już myślisz jakim cudem Cię to ominęło, gdy już witasz się z gąską, nagle okazuje się, że Twoje dziecko ma jednak charakter! Przecież wiadomym jest, że Synek potrzebuje niani, animatora czasu wolnego, a nie tyrana, który będzie go uczył literek. Żeby tylko w domu - do zerówki posłali... no tego już za wiele!

Procedury sądowe rozciągnęły się tak nieszczęśliwie, że nasz Synek w jednym miesiącu zmienił miejsce zamieszkania, kolegów i trafił do zerówki. Zaczął się dym i niesubordynacja. Hasło „nierespektowanie zasad i umów” stało się naszym chlebem powszednim...

Oczywiście nie była to sytuacja 0/1. Nasz Synek w jednym tygodniu potrafił być uroczym, bezproblemowym dzieckiem i małym despotą demolującym pokój, bo i tak ucieknie. Jakby problemów było mało - pojawił się COVID. Siłą rzeczy dzieci zamknięto w domach i zaczął się chyba najtrudniejszy okres, bo tej sinusoidy zachowań nie dało się ani rozchodzić , ani przemilczeć. 

Wrzesień, dzieci wróciły do szkoły, każdy znalazł trochę oddechu - jest lepiej. Jest śmiech, jest płacz, jest „nierespektowanie zasad i umów”, ale Synek wraca do DOMU. Już wie, że to jego DOM, już wie, że nikt go nie odda. Już wie jakie są zasady - nie takie jak chce, ale się stara - bardzo.

Smutno i groźnie się zrobiło.... to nie do końca tak. Mamy trochę trudności - to prawda, ale nie zmienia to faktu, że jesteśmy RODZINĄ. Stukamy się rogami niczym poznańskie koziołki, aby każdy znał swoje miejsce w „stadzie”, ale bardzo się kochamy. Są dni kiedy ta miłość jest trudna, ale są też takie, które dają prawdziwą satysfakcję i spełnienie w roli rodziców.

Kwestia jawności adopcji - z racji wieku wytłumaczyliśmy Synkowi bardzo konkretnie jakie są kroki prawne, abyśmy mogli zostać rodziną. Zaakceptował to, był z nami na sprawie w sądzie i jest dumny, że ma nowe nazwisko. To jest zupełnie naturalne, a nie wstydliwa sprawa, o której należy szybko zapomnieć .

----------------------------------------------------------------------------------------

Czy jesteśmy zadowoleni ? / Czy to była dobra decyzja?  TAK

Czy dziecko sprawia problemy?   TAK

Czy mogliśmy „trafić” lepsze dziecko?  NIE  (to nasz Syn - od pierwszego dnia!)

Czy spełniamy się jako rodzice ?   TAK

Rada dla potencjalnych rodziców:  ekspresowe macierzyństwo  (od „zanieś mnie do łóżka, przytul, daj buziaka” do „dobra idźmy już do tej szkoły”)  w ROK

Jeśli się boisz - próbuj bo warto/jeśli się wahasz - nie brnij w to.

----------------------------------------------------------------------------------------

Drogi Czytelniku (a może już Rodzicu?),

Jeśli masz otwarte serce, a Twoja wyobraźnia pozwala Ci zobaczyć się w tej nowej roli - to mimo wielu wątpliwości możesz spróbować. Jest więcej niż prawdopodobne, że Twoje Dziecko już na Ciebie czeka :-)!

„Jest takie czekanie, które już jest spotkaniem”


O tym, że będziemy razem do końca życia D. wiedział, kiedy mnie poznał w 2009 roku. Nie musiałam długo czekać, aby się o tym osobiście przekonać. W 2012 roku zaręczyliśmy się jedząc Big Maca, a w 2015 roku w towarzystwie najbliższych, powiedzieliśmy sobie TAK na ślubnym kobiercu.

Snując wspólne plany na przyszłość, nie mogło w nich zabraknąć miejsca dla dzieci. Mówią, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. W naszym przypadku los zdecydował inaczej, ale nie z nami te numery. Nie da się drzwiami to kominem, nie z brzucha to z serducha.

Decyzja o adopcji zapadła błyskawicznie po zakończonym leczeniu - tego samego dnia, kiedy to było możliwe. Od tego momentu historia potoczyła się stosunkowo szybko. Najpierw umówiliśmy się na spotkanie w POA. Obydwoje byliśmy podekscytowani i równie „zieloni” w temacie. Po spotkaniu mieliśmy poczucie, jakby Pani, która z nami rozmawiała chciała nas zniechęcić. Wydawało się nam, że przekracza nasze granice, aby zweryfikować nasze oczekiwania. Zweryfikować nie dla potrzeb POA, ale dla nas samych. Wiedzieliśmy, że dziecko nie będzie miało naszych cech, że nie będziemy mogli go przytulić w jego pierwszy dzień życia. Nie wiedzieliśmy jednak, że każde dziecko jest lub może być obciążone różnymi chorobami, fizycznie i psychicznie. Z perspektywy czasu wiemy, że Pani z ośrodka chciała zdjąć z naszych nosów różowe okulary.

Następnym krokiem było zebranie niezbędnych dokumentów, kilku wspólnych zdjęć i napisanie życiorysów. To zadanie było dla nas wyjątkowe. Mogliśmy odtworzyć naszą historię i spisać ją na papierze. Życiorysy pisaliśmy oddzielnie i jeden wspólny - spłynęło wiele łez wzruszenia, kiedy je sobie czytaliśmy.

Już w tamtym momencie rozpoczęło się oczekiwanie. Wtedy czekaliśmy na termin testów psychologicznych. Jakby ktoś nas zapytał z czym nam się kojarzy proces adopcyjny, to w tym momencie pierwsza odpowiedź brzmiałaby „CZEKANIE”. Czekamy zarówno my, jak i czeka na nas maluch. Na oczekiwanie nie da się przygotować, nie ma na to dobrej rady, dobrego słowa czy wytchnienia. Ten proces trzeba zaakceptować. Zdaliśmy sobie sprawę, że na nasze dziecko musimy swoje wyczekać. Oczywiście życie toczy się dalej, nie można się nagle zatrzymać. Wręcz przeciwnie, trzeba przeć do przodu dla siebie, dla drugiej połowy, dla tego maluszka, który na nas czeka.

W międzyczasie odbyły się testy, które nam udowodniły, że nie trzeba być idealnym człowiekiem, aby być dobrym rodzicem. Jesteśmy przekonani, że podczas, gdy byliśmy poddawani kolejnym testom, nasze wyniki nie były wzorowe. Ale właśnie o to chodzi!  Z tych gorszych wyników wyciągnęliśmy wnioski i staliśmy się lepsi. Możecie nie uwierzyć, ale gdyby nie testy w POA i gdyby nie szansa, jaką otrzymaliśmy w ośrodku, D. tkwiłby w pracy, która zjadała go żywcem.

Następnie doczekaliśmy się szkoleń. Poznaliśmy tam grupę ludzi, która ma to samo marzenie co my. Dowiedzieliśmy się tam z jakimi problemami borykają się adopcyjne dzieci i z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Między szkoleniami, przegadaliśmy wiele nocy o tym na co jesteśmy gotowi. To nie były łatwe rozmowy. Mimo wszystko te szkolenia wspominamy najlepiej, ponieważ czuliśmy, że jesteśmy coraz bliżej!

Dostaliśmy kwalifikację w czerwcu 2018 roku i wpadliśmy w otchłań. Na początku byliśmy przekonani, że telefon zadzwoni do końca roku - nie zadzwonił. Zaczęliśmy dzwonić do ośrodka, pisać maile. Po drugiej stronie słyszeliśmy wciąż te same słowa, że musimy się uzbroić w cierpliwość. No ale co biedna Pani A. miała nam powiedzieć? Robiła co mogła, aby wysłuchać nasze obawy, smutki i nas wesprzeć. Jednocześnie dochodziły do nas sygnały, że pozostałe pary z naszej grupy zostały szczęśliwymi rodzicami, a my co? Wciąż musieliśmy czekać.

A: Jesteśmy blisko, bardzo blisko, ale uczucia tęsknoty za kimś, kogo się jeszcze nie poznało, przerosło moje świadome myślenie i wyobrażenia. Bywają dni, kiedy sobie z tym nie radzę, bywam przygnębiona i smutna. Bywają takie dni, kiedy jestem wściekła, że przez administracyjne procedury nie możemy zostać rodzicami. Przerobiłam wszystkie emocje, ale pozwalam sobie je czuć. Poczucie niesprawiedliwości nie przyśpieszy tego procesu.

D: Choć jesteśmy w tym razem i kochamy się nad życie, każde z nas radzi sobie z tą sytuacją na swój sposób. Różnica między nami jest taka, że moja żona urodziła się z instynktem, a ja musiałem do tego dojrzeć. Te trzy lata oceniam jako bardzo ciężki okres. W moim życiu nigdy nie było, jednak takiego czasu, kiedy się tyle o sobie dowiedziałem. To był bardzo korzystny okres dla mojego osobistego rozwoju, ale również rozwoju naszego związku. Żeby, jednak nie było zbyt kolorowo – pomimo wniosków, które wyciągnęliśmy, to był również czas pełen przeszkód, m.in. na tle emocjonalnym. Niejednokrotnie się „potykałem”, ale nigdy nie zapominałem o naszym wspólnym celu i nie wątpiłem, że w końcu nam się uda.  Te 3 lata tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Staramy się wykorzystywać ten czas oczekiwania na podróże, rozwijamy się zawodowo, czytamy poradniki dla rodziców. Wiemy, że jesteśmy gotowi, że jesteśmy blisko, aby odnaleźć nasze dziecko. Ten czas oczekiwania jest również przepełniony pięknymi wizualizacjami jak będzie wyglądać nasze życie we trójkę. To jest czas dyskusji, jak nazwiemy malucha, gdzie pojedziemy na pierwsze wakacje, na jakie kolory pomalujemy jego pokój, kto będzie jeździć na tańce, a kto na piłkę.

Wydaje się nam, że ten czas, chociaż długi, nie różni się znacznie od oczekiwania rodziców na biologiczne dziecko. To naturalne, że mamy obawy, lęki, myślimy o sprawach materialnych i kwestiach wychowawczych. Zdaliśmy sobie jednak sprawę, że bieg, w którym meta jest niewidoczna, jest trudniejszy od biegu, w którym znasz dystans. Trudno jest rozłożyć siły nie wiedząc ile kilometrów pozostało do końca. Można być wykończonym! Najważniejsze jednak, aby ani na chwilę nie zwątpić, że tuż za rogiem może być meta, a zarazem nowy start. Ważne, aby się nie poddać! Długie dystanse są dla największych twardzieli. Trzeba biec dalej. Jeśli się zatrzymamy, to nic nie osiągniemy, a nasze szczęście może być w zasięgu ręki.

My wierzymy, że dobre rzeczy przytrafiają się tym, którzy potrafią czekać.

Pierwsze spotkanie – wspomnienie

Pisząc krótkie wspomnienie z naszego pierwszego spotkania właśnie świętujemy drugi miesiąc, w którym dzieci są z nami. W natłoku obowiązków i emocji trudno było nam przywołać dzień, w którym wyruszyliśmy do Katowic aby poznać nasze dzieci. Przejrzeliśmy zdjęcia i filmy z tego dnia, żeby choć na chwilę wrócić myślami do tamtych chwil.

Mieliśmy tydzień na organizację wyjazdu, wolnego w pracy, opieki nad zwierzakami, a co najważniejsze na oswojenie się z myślą, że to już. W końcu zadzwonił „ten” telefon, maszyna ruszyła, a my byliśmy absolutnie pewni, że jedziemy w dobrym kierunku, dosłownie i w przenośni. Czekaliśmy na ten dzień kilka lat, więc dodatkowe kilkaset kilometrów nie robiło już na nas większego wrażenia. W styczniu zmieniliśmy auto na większe i pamiętam jak mówiłam do męża, że to dobra decyzja, bo jak trzeba będzie jeździć na spotkania z dziećmi gdzieś dalej, to będziemy przygotowani.

W czerwcu odebraliśmy telefon z POA z informacją, że będziemy musieli pojechać na drugi koniec Polski do dzieci, co rozbawiło mnie prawie do łez. Od rozmowy w Ośrodku, gdzie zapoznaliśmy się ze wszystkimi dostępnymi informacjami na temat naszych dzieci do wyjazdu - minął tydzień. W drogę ruszyliśmy w środę późnym popołudniem, razem z naszym świeżo adoptowanym psem, który bał się wszystkiego, a siedmiogodzinna podróż była dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Myślę, że najlepszym określeniem tego, co działo się wtedy w naszych głowach i sercach, jest zupełna mieszanka radości, ciekawości, różnych obaw i w końcu spokoju i otwartości na to, co miało nas spotkać już następnego dnia rano. Mieliśmy dużo czasu podczas podróży na rozmowę o tym, czego boimy się najbardziej i  jak będzie wyglądać to nasze pierwsze spotkanie. Lubię być przygotowana na wszystko mimo tego, że jest to niemożliwe ciągle próbuje i wymyślam różne scenariusze. Tak także było i w tym przypadku. Mąż ze spokojem obalał te najbardziej absurdalne, a rozwijał te, która kończyły się happy end’em. Jedną z nurtujących mnie myśli było to w jaki sposób dzieci będą się do nas zwracać i czy w ogóle będą wiedzieć po co przyszliśmy do nich. Od telefonu towarzyszył nam dziwny spokój, czuliśmy się podobnie jak po ostatnim spotkaniu w POA, na którym ostatecznie sprecyzowaliśmy nasze oczekiwania (nie lubię tego określenia w kontekście dzieci ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy) wobec dzieci. Zdecydowaliśmy się na adopcję dzieci starszych, w wieku do 8 lat. Chyba najbardziej obawialiśmy się odrzucenia, braku akceptacji nas przez dzieci i sztywnej atmosfery podczas spotkania. Wiedzieliśmy, że odbędzie się ono w obecności pracownika ośrodka adopcyjnego z Katowic czyli osoby, której nie znaliśmy. Zdecydowanie byliśmy zdani tylko na siebie i na tą pewność, że wejdziemy tam razem i na pewno razem wyjdziemy
i nawet jak coś pójdzie źle to wrócimy razem do domu. Noc minęła szybko i o 8 ruszyliśmy na spotkanie do ośrodka w Katowicach, żeby porozmawiać z tutejszymi pracownikami. Zastanawialiśmy się czego będą od nas oczekiwać, bałam się, że będziemy musieli odpowiadać na te same pytania, na które udzieliliśmy już odpowiedzi POA w Gdańsku. Na szczęście dokumentacja przesłana z Gdańska  przedstawiała wszystkie istotne informacje na nasz temat i nie budziła wątpliwości u pracowników ośrodka w Katowicach. Po krótkiej rozmowie wyruszyliśmy na spotkanie z naszymi dziećmi. Zgodnie z umową przed domem czekała na nas pani Ania i razem weszliśmy do środka. Gromadka dzieci biegała po mieszkaniu i trudno było w pierwszej chwili wyłapać te nasze. Przywitała nas uśmiechnięta kobieta
z pytaniem czy chcemy kawy. Uff kamień z serca, pierwsze wrażenie okazało się bardzo pozytywne, a i kawa dobra. Piliśmy kawę, a dzieci co klika minut zaglądały nieśmiało na nas. W końcu przywołane przez opiekunkę, przedstawiły się i usiadły koło nas. Podobno pierwsze spotkanie trwa około godziny. My wyszliśmy po kilku godzinach i to z trudem, po zjedzeniu dużej porcji pizzy. Dzieci z minuty na minutę czuły się coraz bardziej swobodnie w naszym towarzystwie. Pokazały nam mieszkanie, swój pokój, zabawki, a nawet przedstawiły nas reszcie dzieci mówiąc, że to „chyba nowi rodzice przyjechali”. Lekko oszołomieni zapytaliśmy czy wiedzą po co tu jesteśmy. Odparli, że tak, bo któreś z dzieci usłyszało fragment rozmowy opiekunki z psychologiem i teraz już wszyscy wiedzą. Kolejna obawa dotycząca spotkania nagle przestała być problemem. Pomyślałam sobie wtedy, że w sumie racja, że „nowi rodzice”. W końcu przyjechaliśmy poznać nasze dzieci. Poza tym długo na ten dzień czekali, więc nie mieli złudzeń i raczej nie uwierzyliby w historię, że przyjechaliśmy napić się kawy. Syn jeszcze przez kilka tygodni mówił do nas „nowi rodzice” co zawsze przypominało mi nasze pierwsze spotkanie. Celowo używamy określenia „nasze dzieci” w odniesieniu do sytuacji sprzed pierwszego spotkania bo takie przekonanie pojawiło się jako pierwsze, że choćby nie wiem co…to jedziemy po „nasze dzieci”.

„Adopcja szansą na szczęśliwą rodzinę”

Jak głosi hasło Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego, „adopcja jest szansą na szczęśliwą rodzinę”. Stąd naturalnym dla nas było skierowanie naszych kroków właśnie do POA. Mając w zanadrzu rozmowy ze znanymi nam rodzinami adopcyjnymi, będąc po lekturze internetowego misz-maszu, a także z obiegowymi opiniami w głowach, postanowiliśmy udać się po informacje bezpośrednio do POA. I to była pierwsza z naszych najlepszych decyzji. Pamiętamy, że po pierwszym spotkaniu pomyśleliśmy sobie, że jeśli wszyscy Pracownicy Ośrodka będą tak mili i przychylni jak Pani, która się z nami spotkała, to będzie dobrze. I było dobrze!

Wkrótce po pierwszym spotkaniu, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych dokumentów. Wraz z ich złożeniem, rozpoczęliśmy naszą drogę do kompletnej i szczęśliwej rodziny.

Później gościliśmy Panie z Ośrodka w naszym domu. Nieodłącznym naszym towarzyszem przed spotkaniem był stres. W głowie kłębiły się myśli, jak to będzie. Ale w trakcie wizyty okazało się, iż były one całkowicie niepotrzebne. Spotkanie odbyło się w bardzo miłej atmosferze i tak oto przeszliśmy kolejny etap naszej drogi.

Kolejne miesiące upłynęły w oczekiwaniu na następne etapy procedury. Zostaliśmy zaproszeni na badania psychologiczno – pedagogiczne, które w naszym odczuciu były dogłębne i pozwalające nas poznać. Po tych badaniach, zostaliśmy zakwalifikowani do odbycia szkoleń w Ośrodku.

Po kilku miesiącach, rozpoczęliśmy szkolenia. Z uwagi na sytuację epidemiologiczną, szkolenia stacjonarne zostały czasowo wstrzymane. Na szczęście POA wyszło z inicjatywą kontynuacji szkoleń w formie online. Umożliwiło to dokończenie tego etapu procedury. Po zakończeniu szkoleń zgodnie z wszystkimi uczestnikami szkolenia stwierdziliśmy, że brakowało jednak kontaktu osobistego zarówno z pracownikami Ośrodka jak i uczestnikami szkolenia. Poszczególne tematy, poruszane w ramach szkoleń, były dla nas przyczynkiem do analiz i przemyśleń. Uwydatnienie niektórych kwestii zradzało w naszych głowach myśli, co tak na dobrą sprawę może nas czekać. Zawsze jednak mieliśmy możliwość omówienia nurtujących nas kwestii z Pracownikami Ośrodka i wspólnie rozwiewaliśmy nasze wątpliwości. Szkolenia były dla nas dobrym kierunkowskazem w drodze na której jesteśmy i poszerzyły wiedzę o adopcji.

Ten czas był intensywny pod względem rozmyślań i rozmów między nami o adopcji, o naszej otwartości na Dzieci, o spójności naszych myśli.

Podsumowaniem dotychczasowych etapów procedury była rozmowa z naszym Opiekunem, w trakcie której w głównej mierze omawialiśmy naszą otwartość na Dzieci. Wiedza, doświadczenie i postawa naszego Opiekuna pozwoliły poznać nas i ukierunkować na, naszym zdaniem, najlepsze dla nas decyzje. Dziękujemy za poczucie zaopiekowania i troski.

Niezwykle miło było usłyszeć, iż uzyskaliśmy kwalifikację i przed nami już ostatni etap procedury. Nasze oczekiwanie na Dzieci zapewne będzie dłuższe niż „ciążowe” 9 miesięcy, ale tym bardziej będą to Dzieci wyczekane i chciane. Obecny czas  wykorzystujemy na dalsze przygotowania do tego, aby w przyszłości stworzyć Naszą Kompletną, Szczęśliwą Rodzinę.